Towarzystwo Kultury Polskiej na Donbasie - śp. Prezes Ryszard Zieliński zmarł 22.2.2008 w Makiejewce - Ks. Witold Józef Kowalów w Diecezji Łuckiej na Wołyniu - ks. Jarosław Wiśniewski tymczasem na misji w CHINACH - Eugeniusz Lubański, Kijów
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
Sowa Magazyn Europejski

Utwórz swoją wizytówkę
piątek, 04 września 2009
ks. Aleksander Kuczyński skazany na karę śmierci za działalność kontrrewolucyjną i tego samego dnia rozstrzelany.
 Matka Boża Berdyczowska                   Od PKN
20 sierpnia 1926 r. - o. Remigiusz Bolesław Kranc rozpoczął nowicjat w zakonie kapucynów w Sędziszowie Małopolskim. Urodził się 1 listopada 1910 r. w Krośnie. 29 czerwca 1933 r. otrzymał święcenia kapłańskie.
Pracował w Rozwadowie, Drohobyczu, we Lwowie i Krakowie. Dnia 10 lipca 1939 r. przybył do Ostroga, gdzie pracował przez cały okres wojny. 13 stycznia 1945 r. aresztowany przez NKWD i skazany na 10 lat obozu. 17 grudnia 1945 r., wywieziony na Kołymę, skąd po 2 i pół latach został zwolniony, jako niesłusznie skazany (!?). Dnia 24 lipca 1947 r. wrócił do Polski, gdzie w latach 1950-1956 pełnił obowiązki przełożonego Krakowskiej Prowincji Kapucynów. Następnie pełnił wiele ważnych funkcji w domach zakonnych kapucynów w całej Polsce. Zmarł 8 stycznia 1977 r., pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

20 sierpnia 1937 r. - ks. Aleksander Kuczyński przebywający na zesłaniu został aresztowany. 3 stycznia 1938 r.
skazany na karę śmierci za działalność kontrrewolucyjną i tego samego dnia
rozstrzelany. 
Urodził się w 1869 roku. Na kapłana wyświęcony w 1895 r. W latach 1902-1914 adm. par. Ostrówki, 1914-1918 adm. i dziekan par. Dubno, 1918-1925 adm. i dziekan par. Nowograd Wołyński. Aresztowany w 1923 i skazany na 3 lata więzienia, po zwolnieniu pracował w diecezji żytomierskiej. Ponownie aresztowany w 1929 r. przebywał na zesłaniu.
http://groups.google.com/group/wolanie/browse_thread/thread/ec7cc733595ff40d?hl=pl
00:00, kulturzentrum , o. Remigiusz Kranz
Link
środa, 02 listopada 2005
ISBN 83-907955-1-5 - O. Remigiusz Kranc OFM Cap.:W drodze z Ostroga na Kołymę
----- Original Message -----
To: SOWA
Sent: Wednesday, November 02, 2005 6:24 AM
Subject: Re: Z Ostroga na Kolyme (fragment)

Książkę tę wydaliśmy w 1998 roku jako t. 4 Biblioteki "Wołania z Wołynia" wspólnie z oo. kapucynami w Krakowie jako t. II ich serii: Żródła Historyczne Kakowskiej Prowincji Kapucynów.
Oto informacja katalogowa o tej publikacji i numer ISBN-u:
T. 4 O. Remigiusz Kranc OFM Cap., „W drodze z Ostroga na Kołymę” pod red. ks. Witolda Józefa Kowalowa i o. Józefa Mareckiego OFM Cap., Biały Dunajec – Kraków 1998.
Wspomnienia i przeżycia kapłana i zakonnika, który w okresie II wojny troszczył się o Polaków w Ostrogu zagrożonych przez nacjonalistów, za co wyrokiem NKWD skazany został na przymusową pracę w kopalniach złota na Kołymie, skąd szczęśliwie powrócił. Interesująca lektura wzbogacona licznymi aneksami, ilustracjami i kopiami dokumentów.
ISBN 83-907955-1-5
----- Original Message -----
From: SOWA
Sent: Tuesday, November 01, 2005 2:32 AM
Subject: Re: Z Ostroga na Kolyme (fragment)

+
moze ks. poda numer ISBN ksiazki,
albo miejsce i rok rok wydania
dziekuje i pozdrawiam
sk
07:25, kulturzentrum , o. Remigiusz Kranz
Link
wtorek, 01 listopada 2005
W sierpniu 1943 r. partyzantka dokonała dywersji na torach kolejowych między Ostrogiem a Sławutą.
Zaaresztowano 40 Polaków i 40 Ukraińców jako zakładników grożąc śmiercią w razie nie ujawnienia sprawców dywersji. Zatrzymano ich w Równem. Wybieram się z popem prawosławnym Rychlickim do Gebits Komisar. Przez tłumacza prosimy o uwolnienie ludzi. Po krótkiej naradzie sądu Gebietskamer oświadcza, że ktoś jednak musi pozostać w dalszym ciągu jako zakładnik. Ja będąc przekonany w 50 %, że faktycznie z mojej strony będzie przyjęte oświadczenie mówię: ja zostaję. Niemiec pyta popa: „A pan?" Pop ze strachem patrzy na mnie i mówi: „Ja toże" - ja też. Zwolniono zakładników chociaż nie ujawniono sprawców dywersji. Ja i pop zostaliśmy bohaterami. Dlaczego tak łatwo zgodziłem się na zamianę z zakładnikami i oddanie się w ręce Niemców?
Kilka tygodni przedtem był Gebietskomissar w Ostrogu. Wezwał mnie do siebie, bo miał wiadomości, ze na plebanii jest centrum polskości. Przez kilka chwil skrutinia rzeczowe, wreszcie pyta, czy nie jestem kapucynem, bo ma stryja tez w Zakonie, w takim samym stroju. I od tego momentu całkiem inaczej patrzył na mnie. Zapewne Austriak. On z pewnością interweniował w gestapo o zwolnienie zakładników. Liczyłem na niego, gdy się ofiarowałem pozostać w więzieniu niemieckim.
Po moim i zakładników powrocie do domu wzmogła się dywersyjna akcja partyzantów przeciwko Niemcom, lecz równocześnie mnożyły się morderstwa dokonywane na Polakach. 2 stycznia 1944 partyzantka sowiecka w sile kilku tysięcy napada na Ostróg. Po kilku godzinach walki Niemcy i Węgrzy opuszczają miasto, w którym władzę obejmują sowieci. Ich władza ograniczała się do grabieży po domach nawet bielizny damskiej. Po całodziennym plądrowaniu w nocy wycofują się do lasu. Na ten moment czekała banda banderowców.
Na drugi dzień rano przybiega kilku Polaków z meldunkiem, że w jednym domu w dwóch pokojach wymordowano 38 Polaków. Udałem się tam z olejami św. Niektórzy dawali jeszcze oznaki życia. Wszyscy byli pomordowani nożami i siekierami. Miasto jest bez żadnej władzy.
Niemcy i Węgrzy uciekli, sowieci wycofali się, w nocy grasują bandy ukraińskie. Jedynym dla nas ratunkiem była koncentracja wszystkich Polaków w miejscu odpowiednim do obrony, aby doczekać przyjścia Czerwonej Armii gromiącej uciekających Niemców. Od czasu do czasu słychać było głuche detonacje bomb.
Zarządzam zbiórkę wszystkich Polaków w dwóch punktach:
I - Kościół - Klasztor Kapucynów i Seminarium Nauczycielskie,
II - Więzienie Miejskie. W I punkcie znalazło pomieszczenie 600 osób, w II 1000 osób. Byli wojskowi i cywilni, wybrali mnie komendantem „twierdzy".
W momencie zbiórki w punktach oporu, partyzantka sowiecka będąca na rekonesansie w mieście  zastrzeliła jednego z naszych chłopców, niosącego karabin. W odwet za to nasi AK-owcy likwidują komendanta oddziału sowieckiego.
Zaczynają się nieporozumienia polsko-sowieckie. Przybywa kolejny wróg. Dotychczas była zgoda.
Po ucieczce Niemców i Węgrów z Ostroga AK-owcy penetrują poniemieckie koszary i zabierają armatę, którą Niemcy zdekompletowali rozrzucając poszczególne części po podwórzach: 2 karabiny maszynowe, kilka skrzyń rakiet różnokolorowych. W naszej „twierdzy" założyliśmy rusznikarnię, w której Akowcy przerabiają karabiny, naprawiają zniszczone,  fabrykują prymitywnym sposobem miny. Gdy chodzi o warunki bytowe, to można określić jako fatalne - zima, strach, codziennie kilkanaście stopni mrozu, instalacja sanitarna nieczynna - zamarzła. Pierwsze dwie noce były koszmarne. Ukraińcy zapalili w gminie stogi siana i słomy nagromadzone przez Niemców. Nieopisana panika, szoki nerwowe. Byłem zmuszony kilka osób izolować w więzieniu, aby uniknąć całkowitej dezorganizacji, co by się równało wydaniu wszystkich pod nóż Ukraińcom. Gdy chodzi o aprowizację „twierdzy" w żywność, t przyniesiona przez każdego z domu była niewystarczająca (trzeba było podzielić się z innymi).
Św. Tomasz powiedział: „In necesitate omnia communia" (w konieczności - wszystko wspólne). Dzieliliśmy się z Ukraińcami ich krowami. Palą się magazyny niemieckie, zboże, konie, krowy w ogrodach. Wysyłałem oddziały po 30 ludzi dobrze uzbrojonych, które  przyprowadziły 6 razy po kilkanaście sztuk bydła. Wybieraliśmy domy nacjonalistów ukraińskich. Mieliśmy między sobą kilkunastu zawodowych rzeźników, więc po dwóch godzinach gorąca zupa mięsna była roznoszona po salach. Wielkim plusem były ziemniaki  i studnia klasztorna. Niemcy zgromadzili w klasztorze większą ilość ziemniaków.
Aby zaopatrzyć się w lekarstwa ograbiliśmy z leków ukraińską aptekę i szpital. Oddział Akowców wtargnął nocą do ukraińskiego szpitala, wszystkim lekarzom i siostrom kazano położyć się twarzą do podłogi, a nasza siostra szpitalna zabierała najpotrzebniejsze leki i zastrzyki.
Przez dobre odżywianie i aplikowanie leków uniknęliśmy epidemii tyfusu w naszej „twierdzy". W międzyczasie partyzanci sowieccy proponują nam fuzję ich sił i naszych. Był to oczywisty podstęp. Mężczyźni z bronią uciekliby do swoich oddziałów, a kobiety i dzieci zostawione bez opieki podzieliłyby los dawniej pomordowanych. Aby nam zaimponować i zastraszyć przyjeżdżają pod klasztor świetnie umundurowani i uzbrojeni w liczbie ok. 60 żołnierzy. Domagają się rozmowy z komendantem „twierdzy" Biję się z myślami: co robić? Nie chcę wchodzić z nimi w otwarty konflikt, bo mogą połączyć się z bandami ukraińskimi i zlikwidować nas w przeciągu dwóch godzin . Myśmy mieli amunicję na 2 godziny oszczędnego strzelania.
Chcę również stonować incydent zamordowania przez Akowców komendanta sowieckiego. Wychodzę zdenerwowany i przestraszony. przedtem jeszcze powiedziałem moim chłopcom, że rozmowa będzie prowadzona w rogu dwóch ścian, stojących pod kątem prostym i że mają po kilku minutach wystawić karabiny maszynowe na narożnikach. Gdyby mnie aresztowali (zabierali) mają otworzyć ogień w całą grupę.
Zbliżam się do grupy sowietów z miną zadzierżystą, witam się z łotrami i zbywam ich zdawkowymi frazesami. oni tez mają miny wojackie, powtarzają swoje propozycje. Zaczynają poczynać sobie agresywnie, grozić. Lecz gdy zobaczyli ruch na narożnikach budynków i lufy karabinów maszynowych skierowane w nasza stronę, spokornieli i odjechali.

01:40, kulturzentrum , o. Remigiusz Kranz
Link
Mając pod swoją opieką 7 tysięcy osób

musiałem się zorientować jakie są wśród nich nastroje, czy do takiej masy ludzkiej nie wtargnął szpieg ukraiński.
Funkcję badania opinii wśród swoich zleciłem funkcjonariuszowi dawnego polskiego kontrwywiadu, tzn. z Dwójki pracujących kiedyś w Korpusie Ochrony Pogranicza. Ci panowie chodzili po salach, przeprowadzali rozmowy, a nade wszystko słuchali i patrzyli. ich służba została uwieńczona sukcesem. Otóż meldują mi, że zatrzymali ukraińskiego szpiega. Zbieramy się w dużej sali Seminarium przeznaczonej na wartownię i zbrojownię. Zasiadam za katedrą profesorską, a wokół mnie ok. 40 Akowców w hełmach. Zadaję pytanie, jak się nazywa, kiedy urodzony, skąd etc... w jakim celu przybył. Milczy. Ci panowie z „2" proszą, aby mogli z nim wyjść na kilka minut na korytarz. Wracają, a Ukrainiec z pokorną miną recytuje imię, nazwisko (Iwan Staszczuk) i cel przybycia. Wysłali go banderowcy dla zorientowania się w stanie naszego uzbrojenia i możliwości podejścia nas i uderzenia w najsłabszy punkt obrony. Po dodatkowej indagacji szpieg zostaje skazany na najwyższy wymiar kary (śmierć). Po odczytaniu wyroku Ukrainiec rzuca się do nóg, błaga o litość, wspomina o żonie i dzieciach. Kazałem go odprowadzić do więzienia i zamknąć w izolatce. uzbrojeni ministranci i starsi Akowcy prosili, aby im go podarować. A oni go tak załatwią, że śladu nie będzie. Za samowolę odebrałem im własne karabiny na jeden dzień i przydzieliłem innym. To była największa kara. Nie wiedzieli czy otrzymają z powrotem. Przez trzy dni wyprowadzali szpiega rano i wieczorem na krótki spacer. Byłem przy tym obecny, aby nasi chłopcy nie strzelili do niego, tłumacząc się później jego ucieczką.
Na czwarty dzień rano udałem się sam do celi wiezienia, mając za pasem duży rewolwer „nagan". Komunikuję mu, że nadchodzi koniec jego łajdackiego życia. Może chce się spowiadać u popa? Nie odpowiada, tylko jęczy i prosi o litość. Każę mu iść przed sobą. Kierujemy się w stronę zarośli. Tam pytam się po raz ostatni, czy żałuje za grzechy i czy więcej do nich nie wróci? Odpowiada „tak". więc jeśli postanawiasz poprawę, uciekaj stąd, gdzie cię oczy poniosą, tylko unikaj naszych żołnierzy, bo cię bez sądu powieszą.
Gdy odczytywałem w seminarium wyrok, miałem przed sobą czystą kartkę papieru. Nie myśleliśmy skazywać go na karę śmierci i brać jego bandycką duszę na swoje sumienie. Zgromadziliśmy się w celu samoobrony, a nie zabijania ludzi bez walki. Owszem, urządzaliśmy wyprawy przeciw bandom ukraińskim mając wiadomość o ich zbliżaniu się, ale to była walka konieczna.
Akowcy przyczajali się w miejscach bezpiecznych, dawali rozkaz „ruki wierch", a gdy to nie skutkowało, otwierali ogień. Chodziło o to, aby banderowców nie dopuścić pod seminarium i klasztor. Była mroźna zima. Wystarczyło, gdyby nam powybijali okna.
Musieliśmy zawsze ich wpierw zaskoczyć. W czasie naszego oblężenia przybywa do Ostroga O.Gabriel ze swoimi parafianami z Witoldówki. Naciskani przez bandy musieli szukać schronienia w mieście. Równocześnie zwiększyła się nasza siła obronna. Lecz niedługo cieszyliśmy się towarzystwem Witoldówki. Po trzech dniach wracają do siebie, gdyż w Witoldówce i Ożeninie zakwaterował się silny oddział niemiecki i trzeba było zadbać o inwentarz żywy puszczony samopas w pole.
Zostajemy sami Polacy - jedyna władza w mieście. Obawialiśmy się także Niemców, którzy mieli władzę w Równem i dwa razy w czasie naszej samoobrony odwiedzili Ostróg. Patrol wojskowy w liczbie kilkunastu czołgów lustrował okolicę. Przyjeżdżają pod klasztor; działa czołgowe skierowane w nasz obiekt. Ukraińcy po drodze nastawili ich wrogo przeciw nam. Poinformowali ich, ze Polacy utworzyli obóz, że posiadają 40 karabinów ręcznych, kilkanaście karabinów maszynowych i wiele amunicji.
nasi wartownicy przy głównej bramie ogrodzenia widząc nadjeżdżających Niemców zaczęli się nieznacznie wycofywać wgłąb ogrodu. Niemcy otworzyli ogień i zabili jednego z nich. Panika i groza.
Przybliżyli się czołgami do murów i żądają komendanta zgromadzonych w klasztorze Polaków. Chcąc nie chcąc wychodzę niepewny swego losu. Niemcy groźnie indagują, co to za zgromadzenie, w jakim celu, ilość broni, etc... Zamiast odpowiedzi prowadzę ich poza klasztor i wskazuję na ciała 38 pomordowanych Polaków (nie grzebałem pomordowanych). Zrozumieli i pozostawili kilka skrzynek amunicji. Podobnie postąpili przy powtórnej wizycie. Odczuwamy stale brak amunicji. Akowcy wydostają ją ze swoich dawnych schowków w domach, po kilkadziesiąt sztuk. Jeden z nich przypomniał sobie, że we wiosce Chosól (w rękopisie napisane niewyraźnie) u sąsiada w stodole pozostało kilka karabinów i nieco amunicji. Posyłam tam 20 Akowców na 3 furmankach. Po dwóch godzinach wracają w popłochu z 2 rannymi. Relacjonują: Banda ukraińska w kilku kolumnach zmierza w kierunku Ostroga. O jedną się otarli, nastąpiła obustronna wymiana ognia i stąd ranni. Obserwator z wieży kościelnej potwierdził ich zeznania.
Przygotowujemy się do obrony, a raczej na śmierć. Dłuższego ataku nie wytrzymamy, gdyż obecnie posiadamy amunicji maximum na dwie godziny intensywnego strzelania, ale nie pozwolimy zarżnąć się nożami. Będziemy strzelać bardzo oszczędnie i zawsze do pewnego i bliskiego celu, tzn. w twarz Ukraińcowi. Zostawiam w ukryciu poza murami kilkunastu uzbrojonych chłopców, aby w razie ataku czynili dywersję na tyłach wroga. Wewnątrz, przy dolnych oknach stoją mężczyźni z siekierami, widłami. Karabin ręczny i maszynowy na wypadek wtargnięcia bandy. W odpowiednich punktach były rozstawione karabiny maszynowe, aby wroga wziąć w krzyżowy ogień.
Czekamy zdeterminowani na wszystko. Zapowiadam chłopcom, że pierwszy strzał musi paść ze strony Ukraińców. Za mniej więcej godzinę wchodzi na podwórze kilkudziesięciu jakichś oberwańców z karabinami. Za chwilę znów kilkunastu, rozglądają się, obserwują. Odeszli wszyscy, aby powrócić w większej grupie. My wewnątrz jesteśmy u kresu wytrzymałości psychicznej. Po chwili wjeżdża oddział konny. Jesteśmy pewni, ze będzie regularne oblężenie. Ludzie mdleją ze strachu, dostają szoku nerwowego, usiłują wyskakiwać przez okna. Jaka była moja pozycja? Przejęty strachem musiałem udawać odważnego i kierować całą akcją. Na dobitek złego jeszcze jedno przeżycie; miałem duży rewolwer rosyjski „nagan" na 12 naboi. Chciałem uzupełnić bębenek. Odwróciłem się do ściany i tam sobie manipuluję. Nagle wystrzał i kobieta obok stojąca pada na posadzkę. Okazało się, że rewolwer był odbezpieczony i przy lekkim dotknięciu cyngla wypalił. Kula uderzając w ścianę rykoszetem ugodziła kobietę w przedramię. Szczęście, że kobieta miała na sobie futro, tak, ze kula umieściła się tuż pod skórą. Wyjęto ją przy pomocy igły. Całe szczęście! Tymczasem pod klasztorem i seminarium gromadzą się tłumy bandytów. Nadeszła ostatnia nasza godzina. Żegnamy się nawzajem „do zobaczenia na drugim świecie". Nie zdradzając bojaźni modlę się i rozgrzeszam po salach.
Po chwili mija strach, przychodzi dziwne otępienie i chęć walki. Widzimy, że się nie obronimy. Jedni padną  od kuli inni od noża i siekier. Gdy wszyscy obrońcy już uspokojeni, byli gotowi do walki, z podwórza słyszę głos: „Batiuszka, odkraj dwiery. My Krasnaja Armia" Któż może zrozumieć nasze zdziwienie i radość.
Wychodzę na podwórze, witają mnie jak dobrego znajomego. Po drodze zebrali informacje o nas. Weszli do budynku, porozmawiali chwilę i poprosili kilkudziesięciu mężczyzn do okopania armat. Nasi chłopcy udający się w tym dniu rano po broń, oddziały Armii Sowieckiej wzięli za bandy ukraińskie.
Następuje teraz odprężenie nerwowe  i fizyczny bezwład. Gdy później na miejsce przybyło jakieś wyższe dowództwo, pytam, czy zostawią nam broń, czy pozostaje w mieście władza sowiecka, która by nas broniła przed Ukraińcami. Zapewnili mnie uroczyście, że możemy mieć broń, spokojnie mieszkać bez obawy przed bandami, gdyż Armia Czerwona wszystkimi drogami zmierza na Zachód. Niektórzy z oblężonych rozeszli się do swoich domów. Większość jednak pozostała w klasztorze i seminarium. Z nastaniem nocy udajemy się po 14 dniach na błogi spoczynek; wtem o godz. 23.00 krzyki i gwałtowne stukanie do drzwi. Patrzymy przez okna, a tu żołnierze sowieccy otaczają klasztor. Nie ma wyjścia, trzeba otworzyć. Wchodzi kilkunastu oficerów i żołnierzy i pierwszeństwo: „oddawać broń!" A do mnie; ustawcie wszystkich mężczyzn na korytarzach i zróbcie rewizję po kieszeniach za krótką bronią. Zrewidowałem chłopców pobieżnie, wyciągając im z kieszeni kilkanaście rewolwerów. Teraz kolej na broń długą. Znieśli 18 sztuk zdekompletowanych karabinów, 4 dzisięciostrzałówki, parę skrzynek amunicji. Gdzie się podziały karabiny maszynowe i reszta karabinów ręcznych pozostaje do dziś tajemnicą.
Sowieci pokwitowali zabraną broń. Odchodząc wstępowali do rozmaitych pokoi, między innymi do naszej wartowni, zagarnęli kilka granatów walających się na podłodze i papiery znajdujące się na stole. W najbliższą niedzielę ogłaszam wiernym kilka razy, że przekazaliśmy władzom sowieckim posiadaną broń w całości, tzn. 18 karabinów ręcznych, dzisięciostrzałówki i kilka skrzynek amunicji. Powtarzam dobitnie kilka razy, aby wszyscy byli zgodni na ewentualnych badaniach. Bo wiedzieliśmy z doświadczenia, że gdy odda się 100 karabinów to dawaj 200, odda 200 dawaj 300 itd.
Wszyscy z „twierdzy" rozchodzą się do domów. Zaczyna się nędzna wegetacja pod rządami bolszewickimi. W kilkanaście dni później w czasie rannej Mszy św. wchodzi do kościoła 2 wyższych oficerów sowieckich, siadają do ławki i czekają na zakończenie. Po Mszy św. (w zakrystii proszą mnie) na zebranie do Prezydium Miejskiej Rady. Równocześnie mam wezwanie do okręgu. Obiecuję przyjść po zaopatrzeniu chorego. U chorego przedłużyłem mój pobyt do 1,5 godz. aby jednak uniknąć tego zebrania. Oczekiwali mnie na drodze. Wchodzę do sali mając pod płaszczem komżę, stułę i bursę. Za stołem prezydialnym siedzi sztab wojskowy, na sali obywatele Ostroga. Jestem zaproszony do Prezydium obok przewodniczącego. Wynosi pod niebiosa moje zasługi, wręcza medal za odwagę i mianuje swoim zastępcą. Wracam do domu „in floribus". Sowieci zaczynają tropić po lasach Ukraińców i sprowadzają ich codziennie setkami do obozu w Ostrogu.
Ogłaszają na tych terenach „wolną Polskę", przysyłają z Kijowa gazety w języku polskim. Równocześnie zarządzam pobór do Armii Polskiej formującej się w Rosji. Z Ostroga powołano około 800 mężczyzn do Sum i Riazania.
W dniu wyjazdu poszczególne grupy były w kościele i po odśpiewaniu pieśni kościelnych i patriotycznych udawały się na stację kolejową. Ostatniemu oddziałowi wręczono sztandar, który miał być przekazany Armii Polskiej.

----- Original Message -----
Sent: Tuesday, November 01, 2005 12:26 AM
Subject: Z Ostroga na Kolyme (fragment)
01:39, kulturzentrum , o. Remigiusz Kranz
Link