Towarzystwo Kultury Polskiej na Donbasie - śp. Prezes Ryszard Zieliński zmarł 22.2.2008 w Makiejewce - Ks. Witold Józef Kowalów w Diecezji Łuckiej na Wołyniu - ks. Jarosław Wiśniewski tymczasem na misji w CHINACH - Eugeniusz Lubański, Kijów
| < Marzec 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
Sowa Magazyn Europejski

Utwórz swoją wizytówkę
poniedziałek, 15 maja 2006
15 maja 2006 12:36 Temat: Re: [PLUK] [Fwd: Ukraincy i Polacy na pograniczu :-(((]

Użytkownik alchymista@tlen.pl napisał:

>Oni chyba wlasna narodowosc traktuja jako religie/narod, cos jak u Zydow i Muzulmanow. Jakakolwiek wypowiedz, nawet zyczliwa, ale z cytowaniem wypowiedzi i wydarzen niezyczliwych, staje sie eo ipso niezyczliwa, bo NIE WOLNO dyskutowac nad dogmatami religijnymi, nie wolno tez rozpowszechniac informacji, ktore zawieraja tresci sprzeczne z dogmatami religijnymi. W religi tak trzeba, ale w polityce wiare w narod powinien zastapic jednak rozumny duch wolnosci, patriotyzm i pozytywna emocjonalnosc.
>Z przypadkowych spotkan z Ukraincami wydaje mi sie, ze uczuleni sa chyba bardzo na tym punkcie. No ale tak to juz jest z nacjonalizmem. Nasi dzisiejsi polscy endecy sa nacjonalistami "kwekajacymi" i "narzekajacymi", co widac wyraznie w obu tych tekstach o Pawlokomie. Ponarzekaja, ponarzekaja i wszystko rozejdzie sie po kosciach. Zydzi natomiast wojuja. Czy ta droga pojda i Ukraincy? Czy uznaja, ze wystapienie Kaczynskiego w Pawlokomie ("dazyc trzeba do prawdy") oznacza hipokryzje?
>Trzeba im w kolko powtarzac, ze prawdziwa przyjazn wymaga szczerosci, bo tylko od przyjaciol mozna uslyszec o wlasnych wadach. My tez na to czekamy.
>pozdrawiam
>JB
>ps. jezeli chcesz, mozesz to wyslac na liste.

Użytkownik d_korenicka@poczta.onet.pl napisał:

>Tylko dziw bierze ze teksty sa nakierowane na jedną stronę?
>
>ja tez jestem za prawdą oparta na faktach,a to co widze na tej liscie mija
>sie bardzo często z faktami
>
>pozdrawiam
>
>
>
akurat ten tekst potepial zbrodniarzy obu stron, a jak sie ma pretensje
do prawdy, to zamiast histerii i unikow (wypisywania z listy) polecam
jednak prostowanie bledow i pisanie prawdy, ale... tu przeciez nie o to
chodzi, prawda? gdyby szlo o prawde, to by czlowiek o nia walczyl, nawet
z szatanem ;), a jak idzie o swoja prawde, to innej za cholere nie chce
znac - tyle, pa, ja.

16:15, kulturzentrum , Pawłokoma
Link
piątek, 12 maja 2006
prezydentura dziwnych kroków: zamiast do Charkowa na polskie groby - do Pawłokomy na ukrainskie; jaś fasola, telewizja onet

sowa magazine

petak, 12.svi.2006

prezydentura dziwnych kroków: zamiast do Charkowa na polskie groby - do Pawłokomy na ukrainskie; jaś fasola, telewizja onet

Prezydent Kaczyński poleci jeszcze do Charkowa, tam na grobach polskich oficerów zamordowanych w 1940 r. przez  NKWD złoży kwiaty, wygłosi wykład na Uniwersytecie   http://wiadomosci.onet.pl/19719,film.rd
 
http://serwisy.gazeta.pl/fotografie/5,35076,3136325.html
PETR DAVID JOSEK AP
nastepne »
Prezydent i premier
na miejscu katastrofy
- prezydent w kasku,
 premier z boku
 
1  marca 2006 r. Lech Kaczyński przerwał wizytę na Ukrainie, nie poleciał do Charkowa na groby polskich oficerów pomordowanych w 1940 r. przez żydokomunistyczną NKWD.
 
Prezydent Kaczynski miał wyglosić na uniwersytecie w Charkowie wyklad na temat: Idee Solidarnosci w zjednoczonej Europie. Kwiaty, ktore miał zlozyć na na grobach polskich oficerow, miały być bialo-czerwone. 
read moreby kulturzentrum@gazeta.pl on 2006-03-01

w maju 2006 r. prezydent Lech Kaczyński przyjechał do Pawłokomy

O Pawłokomie - jednej wsi wiedzieć - będzie świat cały, bo zadbają o to liczne postounowskie, postbanderowskie elementy, zasobne pieniędzmi zrabowanymi od żydowskich i polskich ofiar, i darami nacjonalistycznej emigracji z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii... Będzie tak jak po Jedwabnem. Polacy znowu wyjdą z tych „obchodów” mniej lub bardziej pokaleczeni, i skłonni do nowych ustępstw. Jakich? Czas pokaże... Rachunek prawdopodobnie już czeka.

O tym, że może trwa walka o „nowe polskie kresy” nie pomyśli na pewno przy tej okazji nikt i o to wszak nacjonalistom ukraińskim chodzi.

17:47, kulturzentrum , Powłokoma
Link

http://donbas.blox.pl/html//1310721,262146,21.html?195307

http://sowa.mojblog.com/permalink.aspx?id=60001

nowe Jedwabne dla polakożerców - Pawłokoma 2006

Postanowiłam, po wielu miesiącach przerwy, zabrać głos, tym razem sprowokowana informacją o przygotowywanych obchodach mordu dokonanego w Pawłokomie, we wsi leżącej w powiecie brzozowskim, czyli na terenie dzisiejszej Polski.
Kierowana nie tyle samym pomysłem organizatorów, uczynienia z tej jednostkowej, acz niewątpliwie hańbiącej nasz polski honor tragedii, szumnych obchodów międzypaństwowych, ale obawą, że fakt ten zostanie przez media po raz kolejny zmanipulowany i wykorzystany; obwołany... nowym Jedwabnem.
Same osoby informujące o zbliżających się obchodach nie wzbudziły mojego zaufania. Pan Tyma – znany „polakożerca” ze Związku Ukraińców w Polsce- organizacji probanderowskiej i proupowskiej do bólu, i znany ze swego specyficznie stronniczego podchodzenia do dziejów stosunków polsko-ukraińskich po wojnie - ulubiony historyk „Gazety Wyborczej”-  Grzegorz Motyka. Zrodziła się pierwsza wątpliwość. Dlaczego nie ma wśród nich, ani jednego obiektywnego polskiego badacza ? To pytanie retoryczne. Jest przecież takich osób w Polsce co najmniej kilka – na czele z dr. Zdzisławem Koniecznym, historykiem z Przemyśla, autorem książki pt. „Był taki czas- u źródeł  akcji odwetowej w Pawłokomie”, Przemyśl 2005, czy pracownikami rzeszowskiego IPN.

 

17:59, kulturzentrum , Pawłokoma
Link
Co wydarzyło się w Pawłokomie?

Stała się rzecz bardzo zła i tragiczna -  w marcu 1945 roku, kiedy wojna się już praktycznie kończyła, polski postakowski oddział partyzancki (Armia Krajowa w tym czasie już nie istniała, bo została rozwiązana) wraz z mężczyznami z okolicznych wsi, w akcie zemsty za uprowadzenia i mordy na Polakach, dokonał „akcji odwetowej” na ukraińskich mieszkańcach tej wsi. Akcja, jedna z niewielu tego typu, jednak obciąża nasze polskie, chrześcijańskie sumienie – które nakazuje uderzonemu nadstawić drugi policzek. Doszło do zbrodni, którą każdy z Polaków może osądzić tylko w jeden sposób – potępić sprawców.

Ale rodzą się kolejne pytania. Podstawowe - dlaczego właśnie Pawłokoma? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć. Opierać się będę na bardzo dobrze udokumentowanej pracy Zdzisława Koniecznego, którego książkę (z dokumentacją i aparatem naukowym) polecam przeczytać w całości.
 Autor ustalił, że źródła antagonizmu narodowościowego na tym terenie sięgały bardzo głęboko, bo jeszcze końca I wojny światowej. W tym czasie, szczególnie po wojnie polsko-ukraińskiej, wzrosła gwałtownie świadomość odrębności narodowej żyjących obok Polaków Rusinów- Ukraińców. Nielegalne organizacje UWO (konspiracyjna Ukraińska Wojskowa Organizacja), a potem OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) latami budowały  nastroje negatywizmu i nieakceptowania państwa polskiego. Na terenach etnicznie mieszanych, a przede wszystkim w Małopolsce Wschodniej, posługiwały się terrorem (zamachy mordercze, napady, pobicia, skierowane przeciw administracji polskiej i Polakom). Niestety, owej wywrotowej działalności sekundowała duża część greckokatolickiego kleru.
Polska była dla nich krajem niechcianym. Mimo przegranej wojny i pozostawania większości terytorium pod sowiecką okrutną władzą, postępowanie Ukraińców wobec naszego państwa było bezkompromisowe. Chcieli dostać polskie województwa wschodnie na własność z prostej przyczyny- uważali że one do nich należą i już !
W obręb terytorialnej idei „Wielkiej Ukrainy” (do dziś nacjonaliści z jej budowania nie zrezygnowali i uważają to tylko za kwestię czasu) wchodziły i wchodzą następujące polskie ziemie: przedwojenne województwa: wołyńskie, stanisławowskie, tarnopolskie, lwowskie, a z powojennych, tak zwane Nadsanie i Łemkowszczyzna, obejmujące dzisiejsze powiaty: ustrzycki, leski, sanocki, jasielski, brzozowski, przemyski, jarosławski, leżajski, lubaczowski, łańcucki aż po Rzeszów, krośnieński, gorlicki, nowosądecki oraz tzw. Chełmszczyznę, czyli obecne powiaty: hrubieszowski, tomaszowski, włodawski, zamojski, bialskopodlaski, biłgorajski i chełmski.
Od początku nacjonaliści ukraińscy w walce o swoje państwo i o jak najszybszą destrukcję państwa polskiego korzystali z pomocy wrogów Polski, w szczególności Niemiec. Po dojściu do władzy Hitlera proces ten  bardzo się nasilił. W roku 1939, mimo oficjalnych deklaracji, ludność ukraińska dopuściła się tysięcy mordów na walczących na dwa fronty żołnierzach polskich i witała Niemców bramami triumfalnymi. Nota bene, właśnie otrzymałam z Kijowa wydany w roku 2005 zbiór dokumentów dotyczących współpracy nacjonalistów ukraińskich z hitlerowskimi Niemcami pod znamiennym tytułem „Dokumenty izobliczajut”. Warto, by pochylili się nad nimi nasi badacze, bo to dokumenty ukraińskich archiwów, dla nas praktycznie niedostępne, ale jak na razie o ich wykorzystywaniu  cicho...
Ukraińcy za swoją postawę zostali przez Niemców nagrodzeni- dostali faktyczny zarząd nad tymi  powiatami Generalnego Gubernatorstwa, do których rościli sobie pretensje. Położenie Polaków pogorszył dodatkowo fakt, że w powiatach tych,  i aż po Kraków, osiedliły się dziesiątki tysięcy zaprawionych w bojach z Polakami nacjonalistów ukraińskich zbiegłych pod niemieckie skrzydła z zajętych przez Sowiety województw wschodnich. Tu, w naszym dumnym  Krakowie, grasował bezkarnie zbiegły z więzienia za zamach na ministra Bronisława Pierackiego, zbrodniarz Bandera – i urządzał sobie weseliska. Tu, w politycznych – intelektualnych ukraińskich gremiach opracowywano szczegółowe plany pozbycia się Polaków z Kresów. Najwygodniejszą i najmniej kłopotliwą metodą miało być załatwienie „polskiego problemu” rękami okupantów. Udało się, choć nie do końca, na przykład na ukraińskie prośby o wsadzenie Polaków do gett Niemcy powiedzieli – nie. Dlatego w roku 1943, kiedy losy wojny zaczęły kręcić się w przeciwnym kierunku i akcje niemieckie zaczęły topnieć- „wzięli sprawy” we własne ręce. Przypominam sobie słowa zagrzewających ich do boju piosenek:

 „Lachiw rizaty UPA jde,
  Bandery duch UPA wede,
  Na wrazyj Krakiw i Warszawu... 

czy :

„Zdobywaj, zdobywajmy sławę!
Wykosimy wszystkich Lachów po Warszawę...
Ukraiński narodzie.
Zdobywaj, zdobywajmy siłę!
Zarżniemy wszystkich Lachów do mogiły...
Ukraiński narodzie...

W miarę upływu wojennych lat, stosunki narodowościowe we wspomnianych powiatach południowo- wschodnich ulegały dalszemu pogorszeniu. Władzę lokalną oddano  Ukraińcom i ukraińskiej policji, do której w pierwszej kolejności trafili skrajni nacjonaliści z OUN właśnie... Na efekty nie trzeba była czekać: największe kontyngenty dawać musieli Polacy, ich w pierwszej kolejności wywożono na roboty do Rzeszy (a w strefie sowieckiej na zsyłki-deportacje), oni narażeni byli na stałe denucjacje ukraińskich sąsiadów i karne pacyfikacje. Były to bardzo skuteczne metody wyniszczania żywiołu polskiego.
 Etap drugi, trwający od roku 1943, to okres klasycznego ludobójstwa pozostałych mniejszości- według zasady: „jeden zabity Polak to jeden metr wolnej Ukrainy”. Nie wszystkich można było jednak zabić- więc resztę wypędzał strach przed nieludzkim okrucieństwem sąsiadów. Wypędzenie Polaków z Kresów usankcjonowano w końcu traktatami międzynarodowymi – używając oficjalnie skandalicznej nazwy „repatriacja” dla wyrzucania ludzi ze swojej własnej ojczyzny.

Ale wróćmy do Pawłokomy. Jak na tle owych zdarzeń wyglądała ta wieś? Książka Koniecznego dostarcza nam danych i statystyk.
Wieś była mieszana, ale większość mieszkańców stanowili Rusini- Ukraińcy, co decydowało o jej charakterze. Była tam cerkiew greckokatolicka, ukraińska kooperatywa, sklep i czytelnia „Proświty” . Były też małżeństwa mieszane. Walka o dusze prowadzona była głównie przez grekokatolików, posiadających dość ważki argument- finansowy –ukraiński sklep i kooperatywę (spółdzielnię), w której Polacy przechodzący na grekokatolicyzm mogli kupować towary znacznie taniej, niż reszta.  Początki konfliktu ukraińsko-polskiego zarysowały się wyraźnie z chwilą parcelacji majątku A. Skrzyńskiego, po zakończeniu I wojny światowej. Wtedy to większość ziemi poszła w ręce polskich chłopów, wywołując zawiść u ukraińskich mieszkańców Pawłokomy. Problemem rzutującym na przyszłość, był też udział ukraińskich  mieszkańców tej wsi w walkach polsko-ukraińskich lat 1918-19 i trwałe związanie ich uczestników po wojnie z konspiracyjną organizacją wojskową UWO, a następnie OUN. W latach II Rzeczypospolitej nastąpił  wzrost świadomości narodowej nie tylko Ukraińców, ale i Polaków. Ci ostatni założyli we wsi świetlicę „Strzelca”, która siłą rzeczy stała się konkurencją dla jedynej dotychczas „Proświty”. Sprawę pogarszała jeszcze postawa tamtejszego gr.-kat. księdza, znanego ze swej antypolskiej postawy i sympatii do OUN oraz nauczyciela ukraińskiego Mikołaja Lewickiego.
Tuż po powstaniu OUN Polacy w Pawłokomie i okolicznych wioskach po raz pierwszy mogli usłyszeć o czekającej ich przyszłości z rozpowszechnianych uchwał kongresu OUN. Pisano w nich o usunięciu wszystkich obcych z „ukraińskich ziem” w czasie narodowej rewolucji. Pojawiły się też złowróżbne hasła: „Lachy za San” i pierwsze groźby wymordowania. W Pawłokomie w czytelni „Proświty” urządzono obchody na cześć Biłasa i Daniłyszyna zamachowców złapanych i straconych za okrutny mord na  Tadeuszu Hołówce- znanym polskim polityku i pośle (jak na ironię, gorącym rzeczniku ustępstw wobec mniejszości). Miało to jednak swoja cenę- władze zawiesiły działalność „Proświty” w Pawłokomie. Nie zmniejszyło to oczywiście działań OUN we wsi. Nadal śpiewano antypolskie, wyszydzające państwo i Polaków pieśni, w których wzywano ich do wyniesienia się za San, bo „tu będzie Ukraina”. Po jakimś czasie i tych prowodyrów aresztowano, ale stosunków to nie poprawiło. Konflikt narastał, ale za Polakami stała jeszcze powaga i władza własnego państwa.
Nadzieje ukraińskie na powstanie na Rusi Zakarpackiej Autonomicznej Ukrainy Zakarpackiej, zalążka przyszłej Ukrainy budowanej przy pomocy hitlerowskich Niemiec, spotkały się w Pawłokomie z żywym oddźwiękiem. Elektryzujące informacje przywozili do wsi ukraińscy chłopcy, pobierający naukę w wybitnie nacjonalistycznie nastrojonym ukraińskim gimnazjum państwowym. Zbliżająca się wojna uświadomiła Polakom grozę sytuacji. Jej wybuch, a szczególnie klęska wrześniowa, rozbudziły w Ukraińcach wielkie nadzieje na „samostijność”- znienawidzone państwo polskie przestawało istnieć.
Ukraińcy z Pawłokomy zaczęli wysługiwać się Niemcom. Przede wszystkim poinformowali niemieckie władze wojskowe i cywilne o tym, że polscy sąsiedzi udzielili pomocy i dali odzież zbiegłym z niewoli polskim żołnierzom, donieśli, i to imiennie, kto z Polaków ostrzeliwał żołnierzy niemieckich w chwili ich wkraczania do wsi. Zrobił to z własnej woli ukraiński nauczyciel – Lewicki- wspomniany już zażarty nacjonalista. Z dwunastu zadenuncjowanych osób Niemcy aresztowali 5, bo reszta zdołała się ukryć. Życie uratował im prawdopodobnie Austriak, który jeszcze z wojska austriackiego znał jednego z zatrzymanych i doprowadził do ich zwolnienia. Nie zmienia to jednak faktu, że ich życie wisiało na włosku.
  Tymczasem w wyniku ustalenia nowej granicy niemiecko-sowieckiej, Pawłokoma znalazła się w strefie sowieckiej. Słynny Lewicki i liczni nacjonaliści z okolicy wycofali się z Niemcami i rozpoczęli z nimi ścisłą współpracę. 10 lutego 1940 wywieziono z Pawłokomy 40 osób w głąb ZSRR. Z relacji mieszkańców wynika, że inspiratorami wywózek byli Ukraińcy. Oni też zagarnęli domy, sprzęty i cały pozostawiony dobytek sąsiadów. Łagry przeżyło jedynie 10 osób. Denucjacje i prowokacje trwały przez całą okupację sowiecką (1939-1941). Między innymi nacjonaliści ukraińscy podrzucali starą broń do polskich gospodarstw, a potem informowali władze sowieckie o jej posiadaniu przez Polaków. Na skutek rewizji dochodziło do licznych aresztowań.
Wybuch wojny niemiecko - sowieckiej spowodował kolejną zmianę okupacji. Do Pawłokomy wrócił Lewicki i od razu przystąpił do organizowania młodzieży ukraińskiej w miejscowej „Proświcie”, do jej szkolenia wojskowego. Szykanowanie Polaków narastało. Wypasano bydło na polach Polaków, co powodowało znaczne szkody, rozpoczęły się groźby, że wkrótce „budem rizaty Lachiw”. Okupant niemiecki wyraźnie faworyzował Ukraińców; dawano im inne, „lepsze” kennkarty, dawano zezwolenia na prowadzenie działalności. Do szkół wprowadzono język ukraiński, dawano pracę w administracji okupacyjnej. Młodzi Ukraińcy z Pawłokomy zgłaszali się na ochotnika do SS- Galizien- z kilkunastu chętnych przyjęto 10.  Najprawdopodobniej na skutek denucjacji i prowokacji gestapo aresztowało 3 marca 1943 roku kolejnych Polaków, którzy zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Podobnie, po aresztowaniu, w obozie oświęcimskim zginęła sympatyzująca z Polakami, Ukrainka  Anna Szpak. Został też zastrzelony przez policję ukraińską i gestapo Polak, Józef Michalik.
W roku 1943 i na początku 1944, na terenie wsi pojawili się pierwszy uciekinierzy, opowiadający straszne rzeczy o trwających od miesięcy mordach OUN-UPA na ludności polskiej. O wbijaniu dzieci na sztachety i niepojętych rozumem torturach. Opowieści te wywołały przygnębienie i lęk u Polaków, mających w pamięci pogróżki sąsiadów. Co do ścisłej współpracy OUN i UPA z Pawłokomy z Niemcami, nikt nie mógł mieć najmniejszych wątpliwości. Członkowie tych struktur pracowali w organizacjach ukraińskich w Dynowie, współpracowali z posterunkiem policji ukraińskiej w Jaworniku Ruskim, stanowiącym zresztą placówkę szkolącą młodzież ukraińską dla potrzeb UPA i organizowanych przez OUN po wsiach Samoobronnych Kuszowych Widiłów .
Prawdopodobnie jeszcze od czasów okupacji sowieckiej, działało na tym terenie polskie podziemie akowskie. Z początkiem 1944 roku pluton AK liczył w Pawłokomie 12 osób. Kolaboracja z okupantem prowadziła do wydawania wyroków przez sądy Polskiego Państwa Podziemnego, na najaktywniejszych działaczy nacjonalistycznych. Na mocy takiego wyroku zastrzelono Lewickiego i 3 inne osoby, co miało być ostrzeżeniem przed dalszą współpracą i szkodzeniem narodowi polskiemu. Kolaboracja trwała jednak dalej, a jedynie ją bardziej ukrywano.
Nastroje antyukraińskie wśród Polaków ponownie wzrosły, kiedy 21 IV 1944 policja ukraińska aresztowała dwóch członków AK oraz kilka innych osób. O wszystkie te nieszczęścia obwiniano Ukraińców i ich zamiłowanie do wydawania okupantom polskich sąsiadów. Próba odbicia aresztowanych zakończyła się niepowodzeniem, a nieszczęście spadło na sąsiednią polską wieś, Dylągową, gdzie ukraińska policja zabiła jedną osobę, drugą uprowadziła i słuch o niej zaginął, więc prawdopodobnie też została zgładzona. W czasie poszukiwania broni we wsi ludność polska traktowana była przez nacjonalistów ukraińskich okrutnie i poniżająco, bita pałami drewnianymi i kolbami karabinów.
Wkroczenie armii sowieckiej poprzedzone było akcją „Burza” prowadzoną przez AK, stanowiącą w powiecie brzozowskim znaczną siłę. Co z tego- AK wkrótce zaczęła być straszliwie prześladowana przez nowe władze, zaś Ukraińcy starą metodą ułożyli sobie doskonałe stosunki z komendantami sowieckimi i na nowo rozpoczęli donoszenie na Polaków, szczególnie wskazując sowietom, gdzie ukrywają się polskie oddziały podziemne. Spowodowało to kolejne liczne aresztowania.
Przez pewien okres stacjonowała w Pawłokomie sowiecka jednostka wojskowa, dzięki czemu ustały większe ekscesy. Jednak w powiecie nadal funkcjonowały struktury OUN i przybudówki –UPA - Służby Bezpeky i SKW. Tuż przed wkroczeniem Rosjan doszło w okolicy Pawlokomy do mordowania księży rzymsko- katolickich przez bojówki OUN. Mord na lubianych i szanowanych proboszczach wywołał skrajne oburzenie. W listopadzie i grudniu 1944 miały miejsce mordy na Polakach w wioskach leżących niedaleko od Pawłokomy, m.in. w Jabłonicy Ruskiej, Obarzynie, Porębach, Siedliskach, Harcie, Uluczu, Bachowie, Piątkowej, Kotowie, Żohatynie, Sufczynie, Jaworniku. Niektóre z tych zbrodni popełniano w sposób okrutny. W Siedliskach uprowadzono Stanisława Sycza z żoną i trojgiem dzieci, którym połamano ręce, wydłubano oczy i dopiero zamordowano. W Porębach 18 letniego Feliksa Śliwaka zamęczono w podobny sposób i wrzucono zwłoki do rzeki. Wiadomości o tych bestialstwach rozchodziły się wśród ludności polskiej, a ofensywa styczniowa i odejście Rosjan ponownie pogorszyło jej położenie. Mordy na Polakach nie ustawały: w Siedliskach, Wólce, Bartkówce, Kotowie, Borownicy, Brzeżawie, Sielnicy, Żohatynie i szczególnie bestialskie zabicie nauczycielskiej rodziny Sugierów w Sufczynie . Niedługo potem zamordowano przez wrzucenie do studni dwie polskie rodziny w Jaworniku Ruskim. Rozchodziły się pogłoski, że na tym nie koniec, a mordy i grabieże będą trwały dotąd, aż jak głosiły hasła OUN – „tu będzie Ukraina”.

17:57, kulturzentrum , Pawłokoma
Link

Po wyjściu Rosjan do wsi wkroczył  oddział UPA w liczbie ok. 60 osób. Uprowadził on ze wsi  dwóch Polaków z Dynowa:  Gerulę i Gąseckiego (który przywiózł mąkę na wesele z panną Trojanówną z Pawłokomy) oraz polskich mieszkańców Pawłokomy: Radonia (sołtysa), Wilka, Diablika, Trojana (ojca panny młodej), Banasia oraz Ukrainkę sympatyzującą z Polakami- 20 letnią Kasię Kosztowską. Zatrzymanych wiązali Ukraińcy z Pawłokomy na oczach sąsiadów. Oddział poprowadził ich w stronę Jawornika Ruskiego... i słuch o nich zaginął. To prawie w 100% oznaczało mord dokonany w okolicznych lasach. Rodziny, a szczególnie matki młodych uprowadzonych ludzi na próżno błagały o jakąkolwiek informację greckokatolickiego księdza i ukraińskich sąsiadów-  już li tylko w celu sprawienia im chrześcijańskiego pochówku. Rozwiesiły nawet na budynku „Proświty” apel o wskazanie miejsca gdzie  zakopano ich zwłoki- wszystko na próżno.
Nic też nie dało aresztowanie i przesłuchanie 11 Ukraińców z Pawłokomy. Tymczasem w Dynowie Polacy na burzliwych zebraniach wspominali całe litanie krzywd zaznanych przez lata od Ukraińców z Pawłokomy. Niemal równocześnie, nadeszła wieść, że Ukraińcy planują następne pogromy. Nastroje paniczne potęgowała groza opowieści osiadłych w tych stronach uciekinierów z województw wschodnich, którzy uszli z życiem spod ukraińskiego noża i siekiery, zostawiając za sobą pomordowane rodziny i cały dorobek życia. Uchodźcy ci przyjmowali ze skrajnym oburzeniem odmowy wyjazdu Ukraińców  z obecnego terytorium Polskiego do ZSRR, mając niejaka nadzieję, ze za ich zabrane i spalone przez banderowców mienie dostaną wreszcie szansę normalnego życia w ich opuszczonych chałupach. W panującej psychozie polscy mieszkańcy Pawłokomy postanowili z obawy o życie uciec, ze wsi pozostawiając  swój dobytek na pastwę losu.
Wtedy już prawdopodobnie w gremiach polskiej postakowskiej partyzantki (przypominam, AK była już oficjalnie rozwiązana) zapadła decyzja o akcji odwetowej w Pawłokomie.
W Pawłokonie zamieszkiwało 570 Ukraińców. Pacyfikacja dokonana przez oddział „Wacława” (lwowiaka) i ludzi z okolicznych wsi w dniach 1 i 2 marca 1945 zdaniem Ukraińców dotknęła (co zostało zapisane na pomniku, 365 osób, i przy tej liczbie upiera się Grzegorz Motyka) jest zdaniem Koniecznego liczbą grubo zawyżoną. Nie dokonano dotąd – nie zabiegała o to zresztą z wiadomych przyczyn strona ukraińska- ekshumacji w miejscach straceń, które wyjaśniłyby tę sprawę do końca. Według większości świadków, zabitych nie było więcej jak 150 osób, a zawyżanie liczby ofiar ma na celu wyłącznie zmniejszenie poczucia winy Ukraińców za masowe ludobójstwo dokonane na Kresach. Zresztą wielu Ukraińców, wiedząc o przygotowywanej akcji uciekło ze wsi.
Polacy w Pawłokomie wiedzieli, że w wiosce jest wielu ukraińskich nacjonalistów związanych z OUN, członków SKW i SB- OUN. Ich przynależności do najbardziej brutalnych jednostek specjalnych, ze względu na ścisłą konspirację, mogli się tylko domyślać. Badacze ustalili, że osób należących do OUN- UPA było co najmniej 50. Wiadomo, że wielu innych , nie ujętych w wykazach upowców, uciekło ze wsi; niektórzy przedostali się na zachód i często pod zmienionymi nazwiskami, lub wręcz na papierach zrabowanych swym ofiarom wiodą na zachodzie Polski od lat ustabilizowane i spokojne życie. Dzisiaj ich dzieci i wnuki dają o sobie znać, po przejściu „patriotycznej edukacji” w ukraińskich szkołach, w antypolskich wystąpieniach i działaniach.

Kilka podstawowych faktów z przebiegu pacyfikacji: (szczegóły znaleźć można we wspomnianej  książce):
Pozostałym we wsi Ukraińcom kazano zgromadzić się w cerkwi. Następnie wypuszczono kobiety i dzieci i kazano iść za Zbrucz. Grupa ta udała się w kierunku Siedlisk, następnie Ulucza i Jawornika. W Gdyczynie oddział „Wacława” przekazał UPA 37 kobiet z dziećmi. Była jeszcze grupa druga, nie wiadomo jak liczna, którą skierowano do Birczy.
Zalecenia polskiego podziemia były jasne: kobiet i dzieci zabijać nie wolno. Nie mogą też ucierpieć osoby niewinne. Niestety wiele wskazuje, że rozkazu nie przestrzegano do końca i wśród zabitych znalazły się i kobiety, i dzieci, choć w niewielkiej liczbie. Atmosferę podgrzało odnalezienie dużych ilości broni w cerkwi i na plebanii, a także odgłos  wybuchów, jakie miały miejsce w pożarach ukraińskich domów, co świadczyło o  składowaniu tam amunicji i granatów.
Mężczyzn poddano przesłuchaniu – na okoliczność uprowadzenia Polaków i pytano gdzie są ich ciała.  Kiedy nie uzyskano odpowiedzi wyprowadzono ich grupami  na cmentarz i rozstrzelano. W ten sposób zakończyła życie większość ofiar.
Po pacyfikacji kobiety ukraińskie z dziećmi udały się na skargę nie do władz polskich, ale do komendanta sowieckiego, do Sanoka. W połowie kwietnia wysłał on do Dynowa oddział NKWD, który aresztował 282 Polaków. 82 z nich skazano na więzienie i wywieziono do ZSRR. W lipcu wrócili jednak do domów jednym z transportów. Władze polskie aresztowały kilka osób i skazały na wyroki 5-6 lat więzienia, ale częściowo objęła je amnestia. Co ciekawe, władza ludowa wszelkimi sposobami szkalująca przejawy walki podziemnej i zawyżająca m.in. straty w swych dokumentach, tu nie wykazała się zbytnią surowością- a może po prostu po przeprowadzeniu śledztw wiedziała jakie były przyczyny i rzeczywista liczba ofiar ?
 Po pacyfikacji Pawłokomy większość polskich mieszkańców przebywała poza nią w obawie przed napadami UPA, które bynajmniej nie ustawały. Zabito kolejnych Polaków w Uluczu, Jabłonnicy Ruskiej. W Borowicy 20 IV 1945 roku UPA wymordowała 60 Polaków w tym kobiety i dzieci. Mimo od lat powtarzanych w książkach dr. Motyki tezach o współpracy i porozumieniach UPA z postakowskimi partyzantami, miało to miejsce tylko w sporadycznych  wypadkach. Takiemu stawianiu sprawy przeczą fakty nieustających ataków UPA na Polaków i polskie wioski. Od maja do końca czerwca 1945 popełniono następujące mordy: Roztoka 2 osoby (w tym jednotygodniowe dziecko), Brzeżawa- 18 os., Lipa –15 os., w Barycz – 1 os., Wola Krzywiecka - 1 os., w Bachów – 2 os., Duńkowiczki - 1 repatriantka, Malawa - 5 os., Brzuska – 1 os., Ruska Wieś – 1 os., Polhowa - 2 os., Batycze  – 3 os., Iskań -3 os. Wtedy to ze strachu przed UPA większość polskich mieszkańców wsi  uciekła z wiosek na lewym brzegu Sanu.
W nocy 4-5 października 1945 skoncentrowane siły UPA dokonały równoległego napadu na wsie; Bartkówka- Dylągowa- Sielnica. Zamordowano 9 mężczyzn i 2 kobiety (nie są to dane pełne), a wsie spalono. Był to ukraiński odwet za pacyfikację Pawłokomy.

W dniu 12 II 1946 UPA uprowadziła z Pawłokomy 13 osób – puszczono jedynie rodzinę Fedzugów, bo donosiła Ukraińcom, i jednego mężczyznę, który powiedział oprawcom, że jego ojciec jest Ukraińcem i to uratowało mu życie. W świetle jego relacji, uprowadzonych bito, krojono ich ciała nożami i sypano w nie sól, a po torturach zgładzono. W czasie następnego napadu został zastrzelony Ludwik Potoczny, a dwoje uciekających przed UPA dzieci utopiło się w Sanie.

Pacyfikacja Pawłokomy nie oznaczała jeszcze opuszczenia jej przez wszystkich pozostałych przy życiu ukraińskich mieszkańców, wsi, gdyż podczas akcji „Wisła” w 1947 roku przesiedlono na ziemie zachodnie dalszych 5 rodzin – 13 osób, a także tych którzy opuścili wieś a potem do niej wrócili. To, że mogli mieszkać po pacyfikacji z jej polskimi mieszkańcami ma swoją wymowę. Podobnie jak ukrywanie przez Polaków 3 byłych członków UPA pochodzących z Pawłokomy. Obecni mieszkańcy Pawłokomy pamiętający te czasy twierdzą, że w czasie akcji zastrzelono nacjonalistów ukraińskich i popierających ich Ukraińców, którzy skrajnie wrogo nastawieni byli do Polaków i działali nieustannie na ich szkodę, sami, lub współpracując z kolejnymi okupantami Polski.
Reszta jest milczeniem.

 W tym dramacie naprawdę nie chodzi o przepraszanie. Ważne jest tylko potępienie przez nas tego czynu- odwetu czy nie- nieważne. Przyznanie, że metody takie, choć skuteczne, jak wykazał przykład ukraiński, są absolutnie niedopuszczalne. I tak chyba myśli całe nasze społeczeństwo. Tak zachowuje się naród psychicznie zdrowy. Polacy, mimo świadomości złożonych przyczyn nieszczęścia, jego wyjątkowości, nie mają  żadnych wątpliwości, że mordownie ludności cywilnej jest złem i musi być napiętnowane. Nikt u nas na szczęście nie wpadnie na tak obłąkany pomysł, by sprawców i inspiratorów mordów nazywać bohaterami, stawiać im pomniki i panteony chwały i gloryfikować w szkolnych podręcznikach. I to jest podstawowa różnica między naszym i ukraińskim społeczeństwem. Bo zło jest złem, po prostu, i żaden najbardziej chwalebny cel nie usprawiedliwi tak drastycznych środków.

17:54, kulturzentrum , Pawłokoma
Link
PAWŁOKOMA – POST SCRIPTUM

Oto po raz kolejny w naszej historii stajemy pod jej pręgierzem. Trudna to i bolesna dla mnie i wszystkich rodaków kwestia. Polacy – mordowali i to równie bezwzględnie jak ich oprawcy- banderowcy. Czy zasługują więc na to, by nadal upominać się o krzywdy swoich setek tysięcy zabitych przez nacjonalistów ukraińskich na Wołyniu, Podlasiu, Polesiu, w Małopolsce Wschodniej, braci? „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”? Prosta i znana formuła, zaproponowana przez Ukraińców, która w jakże wygodny dla ukraińskiej strony sposób ma  zamknąć usta badaczom banderowskich zbrodni, po raz kolejny stawiając ich ofiary w dramatycznie trudnym położeniu w dążeniu do prawdy.

Dla nacjonalistów ukraińskich te obchody to sprawa pierwszorzędnej wagi. Mogą w kwestii wybielenia swej historii wygrać dużo, a jeśli sprawę Polacy potraktują jak Jedwabne- nawet wszystko. Dlatego przygotowywali się politycznie i propagandowo do tej uroczystości od wielu miesięcy, ba, może lat. Ta jedna wieś, to wielka szansa, by wreszcie uzyskali dla swoich bojców - morderców rozgrzeszenie i wybaczenie. Chcą Polakom, ale i światu pokazać- Polacy nie byli lepsi, więc nasze krzywdy się znoszą. Wszystko jest OK.

 Szczególnie ważne są te obchody dla żyjących jeszcze na Ukrainie członków OUN- UPA i SS Galizien. Pokazanie wroga zewnętrznego ma rozwiać wątpliwości reszty Ukraińców- tych zza Zbrucza, którzy z mordami na Polakach nie mieli nic wspólnego. Nie jest też tajemnicą, że banderowska Służba Bezpeky ma na sumieniu dziesiątki tysięcy Ukraińców. Dzisiejsza Ukraina, choć w sposób zakamuflowany, dąży  do całkowitej rehabilitacji OUN-UPA. Przy pomocy zaś pawłokomskich ofiar chce nobilitować nacjonalistów ukraińskich, chce uznania ich za kombatantów, wypłacania im rent wojennych.

Dlaczego zabieg ten może się udać i to nawet bardziej spektakularnie niż w wypadku Jedwabnego? Otóż dlatego, że Polacy swej najnowszej historii nie znają, a jeżeli nawet znają to niepełną i wykoślawioną. Wiedzą, choć z czasem coraz mniej, o okrucieństwach Niemców, czy Rosjan. O najstraszniejszych zbrodniach dokonanych na Polakach przez Ukraińców- nie wie prawie nikt. Tymczasem ich ludobójcza akcja to nie był zwykły masowy mord- oni bowiem  nad swoimi ofiarami się pastwili w sposób potwornie wyrafinowany.

 Czy w tych rozważaniach chodzi tylko o przeszłość, o zamkniętą, przebrzmiałą historię? O nie,  po stokroć nie, choć mało kto w Polsce zdaje sobie z tego w ogóle sprawę. Dla nas problem Kresów, choć nie wyjaśniony, stanowi drobny margines zainteresowania społeczeństwa. Stał się zapomnianą przeszłością. Bo my Polacy mamy właśnie taką  narodową wadę- łatwo, za łatwo zapominamy i równie łatwo uczynione nam krzywdy wybaczamy...

Szkoda, że tak rzadko szacowni krakowianie wypuszczają się na nasze dzisiejsze „nowe kresy”- do Przemyśla, Leska, Gorlic, Chełma, czy nawet Lublina, nie mówiąc już o innych, mniejszych miejscowościach. Gdyby to uczynili, przetarliby oczy ze zdumienia. W rejonach tych bowiem zaszły dramatyczne zmiany. O dziwo, więcej czasem słychać języka ukraińskiego, niż polskiego, w miastach, na niektórych domach powiewają sino-żółte flagi, na niektórych imprezach, koncertach, meczach, pojawiają się nawet inne: czarno-czerwone-  banderowskie, a  nocami z  zakrapianych imprez nieciekawych dzielnic, dochodzi pomruk pieśni OUN „Ne pora, ne, pora, nam Lachy służyty...”. Nikt nie zwraca na to uwagi. Traktuje się to jak lokalny folklor bez znaczenia. Nie zastanawia, dlaczego akurat koło Lublina chuligani wrzucają do studni i kamienują dziecko - to złowrogi, wojenny trop. Taką „techniką” banderowcy masowo mordowali  Polaków.

Jeszcze bardziej zdziwiliby się  krakowianie, gdyby porozmawiali z władzami niektórych nowych „kresowych” miast i miasteczek. Znający historię międzywojnia- pomyśleliby- „a cóż to- wraca stare”? To przecież wszystko już w Rzeczypospolitej było.

17:50, kulturzentrum , Pawłokoma
Link

 To nie tajemnica- na naszych „nowych kresach” żyje coraz więcej Ukraińców. Widać to niemal wszędzie.  Kupują kamienice, sklepy w centrach miast. Oplatają je pajęczyną  dużych, zakupionych od Polaków gospodarstw- gdzie już po polsku się nie mówi, a i wstęp do których jest dla „innoplemieńców” niemożliwy. Tak dzieje się wokół Przemyśla.

 Skąd ich tylu?

Z tego co dowiedziałam się z rozmów z władzami lokalnymi przyczyny są w zasadzie trzy.

Pierwsza, to narodowościowe ujawnienie się dużej grupy, która wcześniej „siedziała cicho”- a dziś posłała dzieci i wnuki do ukraińskich szkół, w których odradzają się jako Ukraińcy, bo wychowanie w nich jest stricte nacjonalistyczne. Nikt przez lata się tym nie interesował - efekty są spektakularne. Dziś na elewów niektórych ukraińskich szkół pasuje się dzieci „buławą Chmielnickiego” (przykład z okolic Olsztyna), a uczniom urządza się regularnie spotkania z banderowcami- kombatantami- przyjmowanymi w szkołach tych z pełnymi honorami. Niewątpliwie opowiadają podnieconej dziatwie, jak wyglądała „zahranna rizanina Lahiw”. Ciekawe, jaki Polak wpadłby na pomysł by sprawcom odwetu w Pawłokomie urządzać spotkania z dziećmi???

  Grupa druga, to przybysze z innych części kraju, na pewno dzieci wielu rozproszonych po Polsce w wyniku Akcji „Wisła”, Ukraińców i Rusinów. Oni najczęściej kupują nieruchomości. Skąd mają pieniądze? Tu wieść lokalna wskazuje dosyć jednoznacznie, że są to  pieniądze i to duże głownie z zagranicy (Kanady, USA, Wielkiej Brytanii) – bo tam mieszka najwięcej i to bogatych banderowców i postbanderowców. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że banderowcy którzy ocaleli, wywieźli w sobą z reguły ogromne kwoty w złocie, biżuterii itp. zrabowane żydowskim i polskim ofiarom, (może właśnie dlatego emigranci ci najczęściej nie cierpieli nędzy, kupowali sobie nietykalność, nazwiska, ba, szybko „ustawiali się” w tych krajach politycznie i biznesowo.

Przypominam tym z państwa, którzy mają jakieś złudzenia, że nie istniał banderowiec, upowiec – nie-morderca, bowiem by zostać członkiem tej organizacji trzeba było być zaprzysiężonym- najczęściej na broń- karabin, ale nie mogło to się stać, zanim nie zabiło się wybranej osoby- najczęściej wybranej przez organizację. W dokumentach brzmi to dość sucho: weź sobie „Lacha lub Lacku detynu” i zabij go. Czasem była to rodzona matka, żona- Polka i wspólne dzieci, czasem kuzynka, przyrodni brat. Autorka dysponuje ogromną ilością dokumentów na ten temat.

Skąd pomysł osiedlania się właśnie tam ludzi, którzy wcześniej niekoniecznie mieszkali w tych okolicach? Tu z kolei słyszymy plotkę, że są to dyrektywy z organizacji postounowskich, dotyczące osiedlania się właśnie w tych rejonach, w celu zmiany ich struktury narodowościowej, a co za tym idzie, wystąpienia do gremiów międzynarodowych o zwrot „prawowitym właścicielom zagarniętych po wojnie ziem ukraińskich”. Jestem pewna, że w tym kierunku przygotowywane są już programy propagandowe dotyczące „Operacji Wisła”. Dlatego ze smutkiem myślę, jak po raz kolejny rozegrają niedługo „obchody” Operacji „Wisła”.

Trzecią grupę Ukraińców stanowi napływająca masowo emigracja „zarobkowa”, co przy jednoczesnym opróżnianiu się tego terenu z polskiej młodzieży, dla której brak dobrze płatnej pracy i perspektyw rozwoju, staje się powoli poważnym problemem.

 Tu pewna dygresja. Bardzo wzrosła oficjalna ilość Ukraińców- autochtonów. Przez lata było ich oficjalnie kilkadziesiąt tysięcy. Teraz sami dumnie mówią oni o kilkuset – 500- 600 tysiącach. Skąd takie „cudowne rozmnożenie”? Otóż Ukraińców, jak przed wojną, „hoduje” się- anektując m.in. w ukraińskość wołoskich Łemków . Bardzo wielu repatriowało się jako Polacy (bali się sowieckiego raju, kolaborowali z Niemcami, lub ounowcami czy upowcami). Przez dziesiątki lat  żyli na naszych ziemiach zachodnich ukryci. Niestety nie brakowało i takich z krwią polską na rękach. Nie chcę tu obrażać oczywiście ludzi uczciwych i żyjących chociaż z minimalnym poczuciem lojalności do swojego kraju, Polski. Jednak budzi we mnie ból, z jaka nienawiścią i zajadłością wypowiadają się o Polsce niektórzy jej dzisiejsi ukraińscy mieszkańcy. Uznali oni chyba, jak Niemcy po upadku berlińskiego muru, że dość mimikry. Tak więc nacjonalizm ukraiński najgorszej antypolskie próby, szerzy się, jak przed wojną, w większości ukraińskich szkół i liceów. Liderem jest liceum ukraińskie w Legnicy. „Po owocach ich poznacie”- absolwentem tej szkoły jest probanderowski do bólu p. Paweł Smoleński z „Gazety Wyborczej”. Zasługi tej gazety na polu dezinformacji na temat historii Polski, a szczególnie stosunków Polski z jej mniejszościami narodowymi, można zresztą uznać za majstersztyk. Podobnie, coraz bezwzględniej, poczyna sobie periodyk ukraiński „Nasze Słowo”, finansowany przez polskich podatników. Pozostaje bezkarny, mimo setek interwencji o fałszywość i tendencyjność podawanych tam treści, o proupowskie nastawienie, wybielanie zbrodniarzy, czasem wręcz antypaństwowe działania. Równocześnie  pismo to w sposób skandaliczny od lat obrzuca błotem Armię Krajową. Nikt redaktorowi Tymie zrobić nic nie może. Mało tego, staje się gwiazdorem telewizji, kiedy tylko jest szansa w Polaków uderzyć- zawsze jest ze swymi probanderowskimi poglądami na miejscu. I znowu jest bene. Wszystko zrozumieć mogę – jest w końcu wolność nawet pornografia ukazywać się może – ale dlaczego za nasze pieniądze mamy dostawać po głowie?

 Nie brak i złych sygnałów z uczelni – na przykład Uniwersytet Jagielloński zatrudnia jako profesora na Wydziale Politologii, językoznawcę (sic!) polskiego ukraińskiego czy raczej ruskiego pochodzenia, znanego ze swych jednoznacznie proounowskich i probanderowskich poglądów, których nigdy nie ukrywał, a na swojej Ukrainistyce zawsze  niemiłosiernie tępił Polaków (w zasadzie nie byli oni w stanie tam studiować bez perfekcyjnej znajomości ukraińskiego, którego poszli się tam przecież uczyć, był to więc kierunek „tylko dla Ukraińców”- też za polskie pieniądze). Jako profesor (przypominam- jezykoznawca ukraiński) będzie recenzentem prac magisterskich, doktorskich, habilitacyjnych,  dotyczących stosunków polsko- ukraińskich na tym wydziale. Proszę zgadnąć jakie to będą prace: rzetelne, prawdziwe, zgodnie z wiedzą historyczną? Mam taką nadzieję, ale czegoś słabą. Co ciekawe, nowy profesor politologii ściągnął już sobie do nauczania naszej młodzieży posiłki kadrowe... z Ukrainy. Czyżby w Polsce był tu jakiś brak? Czy uniwersytety mają jakieś problemy z politologami, których kształcą tysiącami? A może chodzi o coś jeszcze innego, ale o co? Faktem jest, że  władze uczelni nie widzą w takich działaniach nic zdrożnego. Odradzano mi pisanie o tej kwestii. Ale przecież coś tu jest nie jest w porządku. Jeżeli badacz, po raz kolejny, musi się bać zabierać głos w sprawie dotyczącej polskiej racji stanu, polskich dziejów. Na Boga! Dlaczego ma się bać? I czego?

A to tylko jeden przykład z bliskiego poletka.  Sytuacja ta przypomina mi nieco ową „nieznośną lekkość bytu”, która skłoniła dyrektora muzeum na Majdanku do zgody na  krzykliwe, hippisowskie przedstawienie muzyczne  na miejscu kaźni – głupota czy brak wyobraźni? A w sumie rozpacz i zgroza.

17:49, kulturzentrum , Pawłokoma
Link

Czy opisywane zjawiska to jakaś fobia czy konfabulacja? Ależ, nie! To wszystko  dzieje się wokół nas naprawdę. Wystarczy na „nowe kresy” pojechać i zobaczyć na własne oczy, chyba, że problemu, podobnie jak na Opolszczyźnie, widzieć się po prostu nie chce, bo tak jest wygodniej.

Większość młodych ludzi, z którymi się zresztą na co dzień stykam, rozumuje tak: „Komu to dzisiaj przeszkadza, kupować, sprzedawać? Gadać może każdy, gdzie chce, co chce i do kogo chce i na dodatek językiem, jakim mu się podoba. To wchodzi w skład współczesnego demokratycznego, liberalnego państwa. To jest norma.” Norma, to u nas tolerancja rozumiana w specyficzny sposób. Zawsze z upośledzaniem praw większości – przez zarzucanie jej nietolerancji. Nietolerancji z powodu stawania w obronie większości i prawdy zaznałam już tyle, że mogłabym o tym tomy napisać. Inne poglądy niż „poprawne” to patologia, szowinizm, ojciec Rydzyk, i jeszcze większe okropieństwo. Tak wygląda nasze polskie rozumienie tolerancji. Ale czytając co piszą nasi ukraińscy sąsiedzi i współobywatele... Oni podchodzą do sprawy historii zgoła inaczej. Dla nich po prostu ta wojna się nie skończyła, bo nie uzyskali celu maksymalnego. Nie zrealizowali planu „Wielkiej Ukrainy” i nadal tysiące, setki tysięcy biednych Ukraińców cierpi pod polskim butem, w niewoli, niemal pod okupacją. Tak piszą, drodzy państwo, i tak myślą skrajni ukraińscy nacjonaliści na żyjący na Ukrainie i co gorsza- w Polsce. Jeśli niechcący zagłębimy się w plany ukraińskich nacjonalistów mających w ostatnich czasach tak wielki wpływ w rządzie dzisiejszej Ukrainy, to nie wygląda to ciekawie. Po pierwsze na mapach, ale i w planach owych nacjonalistów nasze „nowe kresy” figurują jako ziemie Wielkiej Ukrainy, których oni nigdy się nie zrzekli, a uważają za tereny swoje. Gdzie się kończą – gdzieś pod Warszawą i Krakowem (nawet Nowy Sącz już po tamtej stronie). Przypominam, że Polska oficjalnie zrzekła się wszelkich żądań terytorialnych w stosunku do swoich byłych województw wschodnich. Ukraina oficjalnie tych ziem nie zrzekła się nigdy – czeka.

 Czy scenariusz zakładający odpadnięcie „nowych kresów” od Polski jest tak nierealny jak nam się zdaje? Otóż nie. Sprawa Pawłokomy- jednej wsi w której stało się nieszczęście – dokonano okrutnego i godnego potępienia aktu zemsty za lata zdrady i mordu, nie może stać się bowiem pretekstem do dalszych ustępstw, żądań rozszerzających ukraiński stan posiadania na tych terenach.

Jako historyk badający stosunki polsko-ukraińskie w II Rzeczypospolitej znajduję w dzisiejszym położeniu „nowych kresów” wiele analogii do przeszłości. Oczywiście nigdy nie jest tak samo, ale pewne schematy postępowania stron pozostają te same, są wypracowanym kulturowo postępowaniem. Może dlatego moje lęki – od Chmielnickiego, przez kolejne powstania kozackie i Humań, masowe mordy Polaków w Galicji roku 1918-19, terroryzm UWO- OUN w międzywojniu, potem ludobójstwo Polaków lat 1942-45... nie napawa to optymizmem, bo nie jest wyjątkiem, a wielowiekową regułą.

  Sygnalizowany wcześniej odpływ naszej młodzieży i inteligencji z tych pozbawionych pracy i sensownych perspektyw terenów – też znajduje swoją analogię... w dziejach Lwowa po I wojnie światowej, w jego postępującej ukrainizacji. Miasto najbardziej polskie i najwierniejsze z wiernych, po odrodzeniu państwa polskiego, zaczęło dramatycznie tracić na znaczeniu, a inteligencja i najbardziej operatywni mieszkańcy wyjechali do Warszawy, Poznania. W mieście zapanował pogłębiający się marazm. W opróżnione miejsce przyszli Ukraińcy; kupowali domy, sklepy, fabryki. Czynili to planowo, nie tylko tam, ale we wszystkich większych polskich z ducha i ludności kresowych miastach. Akcje ta wspomagał metropolita Andrij Szeptycki i emigracja ukraińska z Kanady... Nacjonaliści ukraińscy nazywali to „walką o miasta”. Nie wchodząc w teorie spiskowe, można zjawisko to obserwować na żywym przykładzie dzisiejszego Przemyśla- sztandarowego miasta, którego rewindykacji domagają się nacjonaliści ukraińscy. Polska nie widzi lub nie chce widzieć problemu. Nie zauważa jak duże grupy Ukraińców przemieszczają się na ten teren w ostatnim tylko czasie. Trwa zakładanie coraz nowych ukraińskich, szkół, klasztorów greckokatolickich, seminariów, których ilość i zamożność przekroczyła już dawno wszelkie granice zdrowego rozsądku dla tak niewielkiej miejscowości. Analogia do zdarzeń z przeszłości nasuwa się sama.

Czy mogę się mylić- chyba nie. Z rozmowy z władzami miasta Przemyśla dowiedziałam się, jak przebiegała „wizytacja” pana Juszczenki w Przemyślu po zwycięstwie „pomarańczowej rewolucji”: otóż przyjechał spotkać się z miejscowymi Ukraińcami- przeszedł się  dostojnie po mieście i zaczął palcem wskazywać  budynki „te, te, tamte...”, do zwrotu Ukraińcom. Tu – mówił - była przed wojną  „Proświta”, tu „Ridna Szkoła”, tu „Centrosojuz” - czy inna ukraińska organizacja – oddawać! Przedstawiciele władz samorządowych byli zszokowani- wszak Polacy po tamtej stronie granicy nie mają żadnych przywilejów, a tam były tysiące polskich przedsiębiorstw, szkół, związków – i nic. Nawet we Lwowie – tak bogatym we wspaniałe polskie świątynie, kościół polski, to pożal się Boże, drewniana świątynia – jakże to? Jak można. Nie chcieli „zadrażniać” - zmilczeli.

Czy na tym koniec? Też nie. Na wieść o mającej się odbyć- rok temu w Przemyślu konferencji polskich kresowian, doszło do rzeczy jeszcze bardziej wstrząsającej- po ukazaniu się w „życzliwej” „Gazecie Wyborczej”  artykułu, jakim skandalem jest „drażnienie ukraińskiej ludności Przemyśla tego rodzaju pomysłami”, „burzącymi wspaniałą atmosferę po „pomarańczowej rewolucji” i niszcząc tym samym  współpracę polsko - ukraińską”, ruszyła lawina. Najpierw władze administracyjne i samorządowe, które objęły patronat nad konferencją,  zostały w bezprecedensowy sposób zaszantażowane przez przedstawicieli władz   kościoła greckokatolickiego (ukraińskiego), że jeśli do konferencji dojdzie to na głównym placu miasta nie powstanie planowany pomnik Jana Pawla II (było to wkrótce po śmierci Naszego Papieża)  – bo pół tego placu należy do nich i oni się nie zgodzą. Ale był to dopiero początek- potem była interwencja- list ambasady Ukrainy „że sobie tego w mieście Przemyślu nie życzą”, a po tym liście karnie i w szeregu interwencje kilku ministerstw. Aby konferencję unicestwić interweniowały kolejno: Ministerstwo Kultury – doprowadziło do odebrania obiecanych na wystawę sal w Muzeum Narodowym Ziemi Przemyskiej, Ministerstwo Spraw Wojskowych – odwołało zgodę na obrady w Klubie Garnizonowym (referaty dotyczyły Jałty i nowych porządków pojałtańskich), potem kolejno Ministerstwo Spraw Zagranicznych i Wewnętrznych. One z kolei przez swych przedstawicieli starały się naciskać na władze lokalne. Konferencja zawisła na włosku. Jednak władze Przemyśla nie wygnały swoich rodaków- starych kresowiaków (średnia wieku ponad 75 lat) z polskiego (czy jeszcze, jak długo?) miasta. Tak więc jedynie postawa tych dzielnych ludzi – czy to przypadek, że jak się potem dowiedziałam, byli z PiS-u i władz kościelnych- uratowała seminarium.  A może, było to jeszcze coś innego – Boża Opatrzność – bo i z metafizyką  mamy tu do czynienia. Kiedy przyjechałam późno w nocy do Przemyśla, zresztą nie z Krakowa, a z warszawskich archiwów – i zatrzymałam się w klasztorze, gdzie zapewniono nam nocleg, zobaczyłam obraz wręcz niesamowity. Siostrzyczki zakonne klęczały i modliły się o cud - by ktokolwiek zgodził się w mieście udostępnić salę na obrady – i cud się stał – sale się jednak znalazły. Kilkadziesiąt stareńkich osób które godzinami jechały z najdalszych zakątków Dolnego Śląska, Zielonogórskiego, Szczecina – nie przyjechało na próżno. Co do wystawy - cóż trafiła do zimnych i ponurych podziemi kościoła – ale, jak powiedzieli księża „wszystko zatacza koło” i wraca do źródeł. W tej samej zimnej piwnicy rodziła się lata temu „Solidarność” i odrodzona Polska w Przemyślu.

 Podsumowując. Zbrodnia w Pawłokomie pozostanie zbrodnią, nikt i nigdy nie powinien jej usprawiedliwiać, ani przemilczać. Winnych zbrodni należy potępić za  złamanie praw ludzkich i boskich – nie zabijaj. Tego samego i tylko tego żądamy od naszych braci Ukraińców – potępienia zbrodni, a nie... budowania oprawcom pomników i panteonów sławy. Inaczej ich prawo do sądów nad odwetem w Pawłokomie jest bardzo niskiej próby.

Budujące jest to, że Polacy pochylając się nad ta zbrodnią, nie mają żadnych wątpliwości, że była złem strasznym i tak postępować nie wolno nigdy i nigdzie na świecie. Wiemy o tym, mimo że znamy okoliczności, które pchnęły Polaków do takiego czynu i mamy świadomość, że  takich pojedynczych wsi w których dochodziło do masakr w czasie ostatniej wojny było tysiące. Były to wsie polskie. litewskie, ukraińskie, białoruskie. Nawet tu na południe od Krakowa czy Kielc, pacyfikacje, mordy na kobietach, dzieciach były regułami tej strasznej wojny. Takie podejście do tej tragedii świadczy o tym, że jesteśmy narodem zdrowym psychicznie i zdolnym do rozróżniania dobra i zła.

Moje obawy budzi, by strona Ukraińska przy tej okazji nie zwekslowała propagandowo planowanej, masowej, morderczej czystki etnicznej na Kresach, tj. eksterminacji ludności żydowskiej, polskiej, ormiańskiej, rosyjskiej i czeskiej. Wiemy, że sumaryczna liczba ofiar ukraińskich faszystów- (też zresztą przedwojennych polskich obywateli) sięga kilkuset tysięcy. Tego żadna propaganda, pana Tymy ze Związku Ukraińców w Polsce, Motyki czy innych, chcących na Pawłokomie zbić polityczny kapitał dla swoich banderowców, nie zmieni. Pamiętajmy więc -  o ludobójstwie Polaków na Kresach wie i chce pamiętać (poza najbliższymi ofiar) jedynie garstka Polaków, kilka kombatanckich organizacji, garstka zestresowanych ciągłymi szykanami badaczy. To największy triumf komunistów i J. Gierdroycia . Nie chcą o nich wiedzieć i „nie zauważają” od lat polskie media. 

Wybranie tej miejscowości- gdzie suma zbrodni ukraińskich, które doprowadziły do nieszczęścia była tak duża, a kolaboracja z Niemcami tak jawna- może najdobitniej świadczy o prawdzie historycznej. Trzeba mieć naprawdę dobre samopoczucie, brak wrażliwości, wartościowanie moralne naruszone i nie chcieć znać historii, by sprawę tę dać na sztandar hasła „wybaczamy i prosimy o wybaczenie....” Ja czuję się takim postawieniem sprawy po prostu obrażona. A może liczą znowu na nasza naiwność i głupotę?

 O Pawłokomie - jednej wsi wiedzieć - będzie świat cały, bo zadbają o to liczne postounowskie, postbanderowskie elementy, zasobne pieniędzmi zrabowanymi od żydowskich i polskich ofiar, i darami nacjonalistycznej emigracji z Kanady, USA, Wielkiej Brytanii... Będzie tak jak po Jedwabnem. Polacy znowu wyjdą z tych „obchodów” mniej lub bardziej pokaleczeni, i skłonni do nowych ustępstw. Jakich? Czas pokaże... Rachunek prawdopodobnie już czeka.

O tym, że może trwa walka o „nowe polskie kresy” nie pomyśli na pewno przy tej okazji nikt i o to wszak nacjonalistom ukraińskim chodzi.

17:43, kulturzentrum , Pawłokoma
Link