Towarzystwo Kultury Polskiej na Donbasie - śp. Prezes Ryszard Zieliński zmarł 22.2.2008 w Makiejewce - Ks. Witold Józef Kowalów w Diecezji Łuckiej na Wołyniu - ks. Jarosław Wiśniewski tymczasem na misji w CHINACH - Eugeniusz Lubański, Kijów
Sowa Magazyn Europejski

Utwórz swoją wizytówkę
Blog > Komentarze do wpisu
Mołotow 17.09.1039: ..idiom na rozwał proklatoj Polszy
Biskup Marcjan Trofimiak udziela chrztu św. w więzieniu Horodyszcze

(...)
Nasze piekło rozpoczęło się w dniu 17 września 1939 roku. W dniu tym rodzice wysłuchali przez radio przemówienia Mołotowa. Wracaliśmy do niego po latach wielokrotnie we wspomnieniach. Słowa swoje kierował Mołotow do żołnierzy Czerwonej Armii wszystkich stopni. Całą jego treść można było zmieścić w jednym zdaniu: “...idiom na rozwał proklatoj Polszy”.
Przemówienie to nadano w niedzielę rano, a już po południu pojawiły się we wsi wojska sowieckie. Widocznie straże przednie otrzymały wcześniej rozkaz wyłapywania polskich funkcjonariuszy i urzędników, bo wkrótce po swoim wejściu prowadzili grupę rozebranych do bielizny policjantów z miejscowego posterunku. Od tamtej chwili wszelki ślad po nich zaginął.
Ojciec często wspominał, jak to w ową tragiczną niedzielę przypadł mu dyżur przy telefonie w kancelarii gminy. Udał się tam przed południem, ale przezornie zatrzymał się w pobliżu, w zaroślach i obserwował otoczenie. Nie czekał długo. W alejce wiodącej do gminy pojawił się sowiecki oficer, wszedł szybkim krokiem do środka, spenetrował wszystkie pomieszczenia i po chwili wracał tą samą drogą. Śmierć przeszła obok mnie dwa razy – powtarzał ojciec, wracając wspomnieniem do tego dnia.
Ludność ukraińska witała sowietów raczej z mieszanymi uczuciami. Mimo sowieckiej propagandy i cenzury, docierały do nas przed wojną wieści zza wschodniej granicy o “dobrodziejstwach” władzy radzieckiej, o milionach ofiar głodu i stalinowskiego terroru. Niejednemu Ukraińcowi było wiadome jaką wolność przynoszą czerwoni “oswobodziciele”. Jednak zawziętość nacjonalistów w stosunku do Polaków była tak wielka, że woleli pomagać sowietom.
Już po 1 września 1939 r. ze strony niektórych Ukraińców słychać było złośliwe docinki w rodzaju: Wy prościały waszu Polszu!  Po wkroczeniu wschodniego najeźdźcy ta wrogość stała się bardziej wyraźna. Nasi dawni sąsiedzi i znajomi, nawet krewni, przestali nagle z nami rozmawiać i zaczęli od nas stronić. Z uwagi na atmosferę, rodzice postanowili już na drugi dzień po wejściu Rosjan wyprowadzić się do wsi zamieszkałej prawie wyłącznie przez Polaków. A ponieważ u rodziców ojca w Kretowcach było zbyt ciasno, postanowił zamieszkać tymczasem u rodziców matki we wsi Hrycowce.
W ten pamiętny dla rodziny dzień 18 września powstała dla nas w Łubiankach Wyższych niebezpieczna sytuacja. Kiedy już załadowaliśmy nasz dobytek na furmankę i ruszyliśmy w kierunku Hrycowiec, rozległy się prowokatorskie okrzyki: “Lachy riżut!” We wsi powstało zamieszanie. Ukraińcy opuścili swoje chaty i biegali pojedynczo lub grupkami po wsi jak opętani z siekierami w ręku. Na jedną z takich grup natknęliśmy się naszą furmanką. Została ona zatrzymana i otoczona przez Ukraińców, uzbrojonych w siekiery, oszalałych ze strachu czy wściekłości. Ja siedziałem na kolanach trzęsącej się ze zdenerwowania i przestrachu Matki. Chyba Bóg nie chciał naszej śmierci, bo jakaś ukraińska kobieta przeprowadziła nas przez zdezorientowany tłum. Dzięki temu dotarliśmy szczęśliwie do Hrycowiec, do dziadka. Potem przenieśliśmy się do opuszczonej chaty samotnej kobiety, która przypadkowo została wywieziona w głąb Rosji. Wybrała się któregoś dnia w odwiedziny do krewnych w sąsiedniej wiosce i dotarła tam w momencie, kiedy sowieci zabierali ich na Sybir. Została wywieziona z nimi i słuch o niej zaginął. To mogło spotkać także moją rodzinę. Na szczęście nikt nie doniósł sowietom, że ojciec był ochotnikiem w wojnie 1920 r., a do 1939 r. urzędnikiem samorządowym. Może dlatego, że jako sekretarz gminy odnosił się życzliwie zarówno do Polaków, jak i Ukraińców, spośród których wyłonili się współpracownicy okupantów – najpierw sowietów, później Niemców (...).

Czesław Kominek, Żary: Moje pierwsze osiem lat życia na Podolu.  Głosy Podolan nr 74 styczeń-luty 2006, s. 8-9. Biuletyn Klubu “PODOLE” Stołecznego Oddziału Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.  ISSN 1507-9996
http://www.wbc.poznan.pl/Content/36610/Biuletyn+74.doc

piątek, 25 września 2009, kulturzentrum